Chwyty poniżej pasa!
piątek, 18 gru 2009 @ 23:04 | Kategoria: Ogólne |Do ponownego podjęcia tematu sprawy mecenasa Krzysztofa Piesiewicza sprowokowały mnie dwie szczególne wypowiedzi. Wypowiedzi zdawałoby się poważnych ludzi, a przez to właśnie szczególnie groźne. Oto bowiem głos w tej sprawie, jak należy sądzić absolutnie poważny, pokazujący ich osobisty na szczęście osąd zabrali: ksiądz Robert Nęcek doktor teologii, wykładowca nauki społecznej Kościoła i dziennikarstwa na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie, rzecznik kardynała Stanisława Dziwisza; oraz Wojciech Mazowiecki, syn Tadeusza Mazowieckiego byłego premiera rządu, absolwent historii UW, dziennikarz, szef działu programowego Superstacji. Obaj zajmujący stanowiska opiniotwórcze, obaj kształtujący swoimi wypowiedziami moralność społeczną, recenzujący przynajmniej aspekty moralności.
Na szczęście jestem ateistą, ale mimo wszystko, pewna zadziwiająca paralela związku przypadku senatora Piesiewicza z tekstem biblijnym, choćby nawet tym o cudzołożnicy i jej oskarżycielach, mówiąc delikatnie zniesmaczyła mnie. Znam oczywiście historię owej ladacznicy, bawi mnie błyskotliwy dowcip księdza doktora o brakach technologicznych przełomu starej i nowej ery, ale jednak, skoro już używamy jakichś porównań, dokonujemy jakich karkołomnych zbitek, to czy jednak nie nazbyt daleko posuwa się ksiądz Nęcek, porównując Krzysztofa Piesiewicza do ladacznicy?
No może i nie nazbyt daleko, bo to nie on, a senator posunął się nieco za daleko, ale powinien przynajmniej podkreślić, iż owa ewangeliczna ladacznica nie udawała nikogo innego, nie stroiła się w kolorowe piórka moralizatora i prawodawcy, była po prostu zwykłą ladacznicą, czego nie mogła nawet ukrywać. Tymczasem mecenas, senator Krzysztof Piesiewicz oszukiwał nas, prostych ludzi, ubliżał swoim wyborcom, pokazując swoje nieprawdziwe, fałszywe oblicze. I właśnie w tym widzę bezprawność tego porównania i mimo wszystko, z większym jednak wyrozumieniem patrzę na tą biblijną ladacznicę. Żeby było jednakże jasne, to ja nikomu nie odbieram prawa choćby i nawet do dewiacji, nie chcę być jednak oszukiwany, to bowiem mi ubliża, a nie czyjeś dewiacje.
No i wreszcie porównanie dziennikarzy tabloidów z faryzeuszami, jak zdaje się równie mocno chybione. Jak uczy doświadczenie, by użyć jakiegoś równie dowcipnego porównania, jak to o niezwoływaniu konferencji prasowej przez ladacznicę, tam gdzie są złodzieje, tam potrzebna jest policja. Denerwuje nas, a nawet doprowadza czasem do mocno przesadzonych reakcji tzw. zamiatanie pod dywan, ale jak widać, niektórych denerwuje również ujawnianie faktów. Nie jestem miłośnikiem tabloidów, kiedy jednak dyspozycyjne media polityczne z uwagi na własny interes, ten obecny jak i ten przyszły, właściwie często tylko hipotetyczny, wolą nieustannie dmuchać na swój interes, to muszą istnieć tzw. brukowce. Co istotne, to one wbrew powszechnemu mniemaniu, też tego wszystkiego nie robią wyłącznie dla pieniędzy.
Kolejnym recenzentem tzw. afery Krzysztofa Piesiewicza, zabrał bowiem bardzo zdecydowany głos w tej sprawie, jest wspomniany redaktor Wojciech Mazowiecki. Pan redaktor, podobnie jak ksiądz Nęcek, dla osiągnięcia zapewne lepszego efektu, dokonał zadziwiającego, dosyć swobodnego skomasowania kilku kardynalnie różnych spraw. Tak różnych, jak coroczne manifestacje w dniu 13 grudnia pod domem gen. Wojciecha Jaruzelskiego i prawie żądanie jego śmierci, jak brutalny, właściwie bandycki atak na premiera Berlusconiego i właśnie sprawa Krzysztofa Piesiewicza.
Jest taka stara dobra zasada, wielokrotnie już wypróbowana, najczęściej przez polityków, by na początku jakiegoś wystąpienia, jakiejś ważnej debaty popełnić jakiś mały, niewinny błąd, dosłownie błądeczek. Później, rozwijając temat, zmierzając do puenty, od czasu do czasu przywołać tą kwestię dla jej utrwalenia, by na koniec, w oparciu właśnie o nią, która w między czasie urosła już do znaczącej rangi, stała się już prawie dominantą, pokazać czyjąś niegodziwość, czyjeś bohaterstwo, bądź jego nadzwyczajność, lub udowodnić jakąś wielce ważną tezę, której bez tego zabiegu nijak nie dałoby się obronić. To takie swoiste plastrowanie, naciąganie, to zabieg czysto socjotechniczny.
I zdaje się takim właśnie plastrem dla sprawy Krzysztofa Piesiewicza, mają być sprawy gen. Wojciecha Jaruzelskiego i premiera Silvio Berlusconiego. Bo proszę zwrócić uwagę, iż mimo wszelkich zastrzeżeń, wątpliwości i emocji nawet, jakie budzą obaj wielcy mimo wszyscy politycy, nikt przy zdrowych zmysłach nie może akceptować żądania czyjejś śmierci, bądź rzucania w kogoś kilkukilogramową bryłą żelastwa. I jeśli nawet trudno nie zgodzić się, że media nazbyt natarczywie, by nie powiedzieć nachalnie epatują nas wszelkimi okropnościami, jak między innym od kilku dni nadal pokazywaną zakrwawioną twarzą Sylvio Berluskoniego, choć nie wiadomo czemu to ma służyć, to już diametralnie inną kwestią w porównaniu z nimi jest ta trzecia, a właściwie ta główna ze spraw, która sprowokowała redaktora Mazowieckiego do zabrania głosu.
Ponadto, co też nie jest bez znaczenia, ani gen Wojciech Jaruzelski, ani Silvio Berlusconi, nawet jeśli popełniali błędy, a popełniali je przecież, nie przedstawiali się nigdy w zakłamanym świetle. Każdy ich znał, zna i z większym, bądź mniejszym prawdopodobieństwem jest w stanie przewidzieć co powiedzą, co zrobią, jacy są.
No i oczywiście zamierzony cel został osiągnięty, wielu na sprawę senatora Piesiewicza spojrzy przez pryzmat krzywdy jaką jakiś frustrat, czy wręcz wariat zafundował Berlusconiemu, a więc ze współczuciem. Z tym tylko, że jeśli nawet ktoś nie lubi, czy aż nawet nienawidzi obu z wymienionych polityków, do czego ma absolutne prawo, to jednakże oba przypadki, które posłużyły redaktorowi Mazowieckiemu do porównania ich z przypadkiem Krzysztofa Piesiewicza są absolutnie nieporównywalne, to porównanie jest absolutnie chybione.
I jeśli obaj panowie, żarliwi obrońcy godności polityków nie zrozumieli tego, jeśli dla nich oczywistą oczywistością nadal jest sięganie do tak odległych porównań, jakich użyli w obronie pana senatora, to efekty tej obrony będą mało przekonywujące i zdecydowanie mizerne. Co gorsze, oba przywołane głosy są w gruncie rzeczy głosami aprobaty dla tego co ujawniły tabloidy i właśnie przez to są głosami szkodliwymi.
I na koniec wreszcie, by sprawę jakoś zakończyć, to niezrozumiała, by nie powiedzieć zdumiewająca wręcz jest opinia redaktora Mazowieckiego, wedle którego, całą winę za tą krwiożerczość mediów ponosi masowa widownia. Ona to bowiem wg niego zgłasza zapotrzebowanie na tego rodzaju materiały, to ona też żąda krwi i ofiar. Ale to chyba jest tylko żart i to nawet niezbyt udany, choć jednocześnie jest to i bliskie prawdy, znanej zresztą doskonale od tysiącleci. Starożytni znali już bowiem prawo wina i igrzysk, i często z niego korzystali.
Z tym tylko, że to wino i igrzyska od zawsze były substytutem wolności, były towarem zastępczym, swoistą formą erzacu. Jeśli jest więc prawdą, że spora część społeczeństwa nadal daje nabierać się na te metody, to sprawą wielce niepoważną, właściwie śmieszną byłoby chcieć dowieść, że to właśnie w odzewie na owe społeczne zapotrzebowanie senator Piesiewicz i tabloidy zawiązały spółkę i wspólnie zrobili to, co zrobili.
A właśnie przed chwilą media oficjalnie potwierdziły, że mecenas Piesiewicz nim sprawę szantażu zgłosił do prokuratury zapłacił osobom, które groziły mu publikacją kompromitujących zdjęć. Dodał też: „że nie pamięta wieczora, z którego pochodzą nagrania opublikowane przez „Super Expressie”. Uważa, że kobiety, które go sfilmowały, mogły podać mu narkotyki bez jego wiedzy”. Dobrze przynajmniej, że przyznaje, iż sam zaprosił je i wpuścił do swojego mieszkania.
Brak komentarzy »
Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack