Witajcie drodzy kuzyni!
środa, 9 gru 2009 @ 17:13 | Kategoria: Ogólne |Jak powiada stare przysłowie, a właściwie mądrość ludowa: „Jak się chce psa uderzyć, kij się znajdzie”, co w tejże, ludowej mądrości oznacza, że jeśli ktoś chce komuś dowalić, zawsze znajdzie ku temu jakiś sposób i pretekst. Są jednakże granice zdrowego rozsądku i dobrego smaku, istnieje również umiar, cokolwiek określenia te nie miałyby znaczyć. Przekroczenie ich, tym bardziej w sposób tak jawnie naiwny, by nie powiedzieć nachalny, o czym za chwilę, jest jednak tak samo niepoważne jak i zarazem co najmniej niepoważne, a właściwie głupie.
Byłbym w stanie zrozumieć gwałtowną reakcję kościoła i skrajnej prawicy, trzymanej na pasku radia Maryja, w związku z orzeczeniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie krzyży wywieszanych w salach lekcyjnych państwowych szkół, choć dosyć jasno jak zdaje się, nadto już kilka razy określiłem swój stosunek do epatowania nas swoją religijnością w miejscach publicznych.
Zrozumiałbym nawet, wykorzystanie tej sprawy, tej nadarzającej się okazji, do walki o odzyskanie władzy, a nawet, dla podniesienia temperatury dołożenie do niej jakiegoś jeszcze jednego, góra dwu wielce smakowitych kąsków. No cóż, są czasy i sytuacje, w których dla wielu partii i ugrupowań, jedynym ratunkiem jest przysłowiowa brzytwa.
Jak wydawało się, po rewelacjach nt. Lecha Wałęsy, po „aferze” z szefem CBA, takim dopełniającym, jednakże już nadliczbowych kąskiem, była ostatnia enuncjacja IPN o agenturalnej przeszłości Aleksandra Kwaśniewskiego. Ale nawet już ona wzbudziła raczej więcej uśmiechów i wzruszeń ramionami, niż poważnych reakcji.
I oto nagle, jesteśmy świadkami kolejnego niespodziewanego wybuchu pomysłowości PR’owców, epokowego wręcz fajerwerku intensyfikacji zabiegów PiS i jego politycznego zaplecza, w postaci zniesławienia ostatniego już chyba, choć wydumanego raczej przeciwnika na drodze do odzyskania władzy. Jak sadzę, atak ten przy okazji ma wspomóc ich w uzyskaniu społecznej akceptacji, dla trwałej konserwacji IPN, CBA, a może i nawet powołania też jakiejś policji czystości wiary w nowych realiach IV RP.
Ta rewelacja to tajny zeszyt gen. Wiktora Anoszkina, adiutanta marszałka Wiktora G. Kulikowa, a szczególnie zapisana w nim notatka z rozmowy obu radzieckich wojskowych z generałami Wojciechem Jaruzelskim i Florianem Siwickim, jaka miała miejsce w Warszawie 9 grudnia 1981 r.
Jak wynika z owej notatki, co ważne, zaprzeczającej wszystkim dotychczasowym oficjalnym oświadczeniom rządu, zarówno radzieckiego jak i rosyjskiego, również samego marszałka Kulikowa, a nie wspomina o czymś podobnym również i płk Kukliński, rzekomo w trakcie tej rozmowy generał Wojciech Jaruzelski prosił marszałka Wiktora Kuligowa o radziecką interwencję, co wynikać miało z jego słów: „Tak, pod warunkiem, że udzielicie nam pomocy”.
Sądzę, że dosyć dokładnie przeczytałem tłumaczenie notatki gen. Wiktora Anoszkina, a w TV usłyszałem również bardzo oskarżycielskie oświadczenie marszałka Wiktora Kulikowa, który na jakieś tam postawione mu pytanie, bo tego akurat o co był pytany nie przedstawiono nam, odpowiedział: „Tak, prosił!”.
Wspomniana notatka jest dosyć długa i co ważne naszpikowana, dokładnymi danymi, nazwiskami, taktyką, dywagacjami, etc. Nie wiem, na ile gen Wiktor Anoszkin był biegły w notowaniu rozmowy prowadzonej zapewne wyłącznie w języku rosyjskim, a nawet gdyby odbywała się ona przy pomocy tłumacza, to przecież ten przekładałby treść z języka rosyjskiego na język polski, bądź odwrotnie, co nie byłoby mu raczej pomocne. Nie wiem również, bo niby skąd, czy gen. Wiktor Anoszkin zna stenografię, a jako się rzekło, notatka ta jest dosyć długa i wyjątkowo szczegółowa.
To jedno.
Po drugie, to pomijając dotychczasowe oficjalne i uparte zaprzeczenia strony rosyjskiej co do podobnej reakcji strony polskiej, notatka ta nie jest oficjalnym dokumentem, ani nie była autoryzowana przez generała Wojciecha Jaruzelskiego, a przy tym, co istotne, w pełnej krasie ujawniona została dopiero w ponad 25 lat po opisywanej w niej rozmowie.
Warto więc może przypomnieć, że sprawa tej notatki, przynajmniej jej istnienia, znana jest, choć raczej zdecydowanie powierzchownie od 1991 r., a dopiero co najmniej od roku, od czasu kiedy została opisana we „Wprost” jest coraz bardziej nagłaśniana.
No ale nie samym przecież waleniem po łapach, bądź obsmarowywaniem politycznych przeciwników tworzy się historię. Czasem trzeba sięgnąć głębiej, trzeba również zareklamować i zarekomendować przyszłych wodzów, nadać im cech wyjątkowości a nawet dokonać namaszczenia. I takie właśnie działanie, tym razem jednak wyjątkowo przezabawne, ponad wszelką wątpliwość promocyjne, podparte co prawda równoległym podkadzeniem co niektórym politykom opozycji, być może dla pozyskania co najmniej ich sympatii, doprowadziło mnie do niebezpiecznego dla zdrowia ataku paroksyzmu śmiechu.
Oto bowiem dr Marek Jerzy Minakowski, kolejny, być może faktycznie genialny nawet doktor młodego pokolenia, na głowę bijąc doktora Marka Migalskiego w mizdrzeniu się do wodzów, ogłosił był właśnie iż rozpracował genealogię rodu braci Kaczyńskich do 30 pokoleń wstecz, co pozwala mu stwierdzić, iż wywodzą się oni od Bolesława Krzywoustego.
I tego właśnie, biorąc pod uwagę rozmach dr Minakowskiego, przyznam się ni w ząb nie pojmuję. No bo przecież, nie będąc doktorem, nie będąc też wybitnym naukowcem i badaczem, w ogóle zresztą nie będąc wybitnym, w niespełna kwadrans dodałem rodowi braci Kaczyńskich kolejne osiem, dziewięć a być może nawet dziesięć pokoleń, doprowadzając ich rodowód do niejakiego Chościska, bądź Chwościska, alibo też Chwostka, co ważne, rodzica samego Piasta Kołodzieja. On że Chościsko według relacji Galla Anonima był zwykłym chłopem, podobnie zresztą jak jego syn Piast Kołodziej, którego księciem uczyniły dopiero późniejsze źródła kronikarskie.
Ale jednak!
Ale to akurat nie jest aż takie bardzo ważne. Tym bardziej, kiedy na zagadnienia genealogii spojrzymy przez pryzmat pewnej dosyć mocno rozpropagowanej teorii, której ja osobiście nie uznaję, ale jednak jest ona bliska ponad 90 procentom moich rodaków, według której wszyscy, jak jedna kobieta i jak jeden mężczyzna, ponad wszelką wątpliwość pochodzimy od Adama i Ewy.
W tej kwestii miałbym co prawda kilka nawet pytań i to dosyć zasadniczych. Odpowiedź na nie zna najprawdopodobniej nie tylko dr Marek Jerzy Minakowski, ale przez wrodzoną delikatność nie zadam ich.
No, ale w takich właśnie chwilach, kiedy pomyślę, że być może faktycznie znajduję się w gronie samych krewniaków, że zarówno Lech, Leszek, Jarek, Donek, Olek jak i Wojtek, a nawet ja wstrętny niedowiarek, to krew z krwi i kość z kości Adama i Ewy, ogarniają mnie zdecydowanie mieszane uczucia, a właściwie odczuwam wyraźny niesmak. No bo jak inaczej mam reagować, kiedy takie bezeceństwa dzieją się w łonie krewnych, w łonie rodziny i to nie tylko takiej w rozumieniu ojca dyrektora.
Z tej konstatacji wynika jednakże jeden przeogromny problem, właściwie skandal na miarę globalną, a może mylę się zresztą, bo jest akurat zupełnie odwrotnie i właśnie przez to, przynajmniej ten jeden problem znika. Chodzi otóż o problem nepotyzmu. Ale to zupełnie już inny problem, a wobec zdiagnozowanej co właśnie sytuacji, logiczna i nieunikniona przypadłość potomków Adama i Ewy.
Brak komentarzy »
Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack