Heparyna pilnie potrzebna!
wtorek, 27 lut 2007 @ 13:41 | Kategoria: Ogólne | Brak komentarzyBabochy, słowo to oficjalnie nie istnieje, przynajmniej nie znalazłem go w dostępnych mi słownikach, ale jest faktem niezaprzeczalnym, iż mimo to funkcjonuje. Zdarzało mi się otóż, tu i ówdzie je słyszeć, widzieć je nawet napisane, choćby na sporej ilości witryn internetowych, na których zostało ono użyte w różnym znaczeniu. Formalnie, jak przynajmniej sadzę, winien być to rzeczownik - raczej rodzaju męskiego – ten baboch, aczkolwiek, we wszystkich prawie wspomnianych wpisach, zdecydowanie dostrzegam jego etymologiczne pochodzenie od słowa baba, baby, więc konotację raczej żeńską. We wielu z tych wpisów, to raz, takie szorstkie, choć sympatyczne raczej, innym razem, nieco jednak pejoratywne określenie kobiet, a więc; nasze babochy, te cudne babochy, wstrętne babochy, pyskate babochy, etc.
Ponieważ użyłem tego słowa przed zajrzeniem na witryny internetu, co zrozumiałe, już wcześniej miałem własną wizję jego znaczenia, wobec czego, w dalszym ciągu będę przy niej obstawał. Otóż wg pewnych rodzinnych tradycji i przekazów, a nawet szczątkowo zachowanej rodowej epistolografii, ponoć już moja praprababka po kądzieli dosyć często używała tego określenia. Niepodważalny dowód na to, znajduję liście mojej prababki, datowanym na 16 lipca 1826 r., adresowanym do mojego późniejszego pradziadka, (wówczas byli wszak tylko narzeczeństwem), w którym prababka pisze: „Mama, jak zwykle latem, psioczy na babochy. Faktycznie, pełno tego w tym roku w domu i nawet częste zmywanie podłogi wodą nie na długo im zapobiega. Jak wiesz Stasiu, wokół nas jest sporo drzew, są tam też topole i one właśnie teraz pylą. A przecież, przy tych potwornych upałach, nie sposób trzymać ciągle zamkniętych okien”.
Z tego też cytatu, z listu mojej prababki, łacno mogę wywnioskować, co moja kochana praprababcia miała na myśli mówiąc babochy. Słowo to było zresztą używane też przez moją mamę, szczególnie w okresach , kiedy w domu był jaki kot, czy kotka, a ich sierść, koty bowiem nieustannie sierść gubią, zbijała się w takie luźne kuleczki, zwane też od tych cudownych zwierzaków „kotkami”, a więc w tworki, które przy lada podmuchu powietrza hasały po domu.
Nie czyń komu tego, co tobie nie miłe!
środa, 21 lut 2007 @ 20:55 | Kategoria: Ogólne | Brak komentarzyOglądam w telewizji kolejną konferencję, poświęconą ujawnieniu faktu inwigilowania przez służby specjalne w okresie PRL n-tej już instytucji.
Oglądając ten niekończący się serial, ciągnący się niczym najdłuższe brazylijskie tzw. opery mydlane, ktoś obserwujący nasz kraj z boku, mógłby dojść do wielce nieprawdziwego wniosku, iż Polacy nie są niczego tak bardzo spragnieni, jak ujawniania zawartości rodzimego „szamba”, taplania się w ekskrementach minionego okresu. Ostatnio, w serialu tym zaczęły pojawiać się nadto pozycje iście chickockowskie. Ot, choćby ów sławetny już raport o WSI, czy niemniej fascynująca pozycja pt. „Teczka ks. Henryka Jankowskiego. Agenci SB w Kurii Gdańskiej”, autorstwa Petera Rainy, „wybitnego” znawcy naszych realiów. Pozycja przy tym, nader ciekawie zareklamowana przez samego autora, zareklamowana powiedzeniem, które przejdzie zapewne do historii. Otóż Peter Rainy, odnosząc się do słów arcybiskupa Gocławskiego, zaprzeczającemu rewelacjom zawartym w jego książce powiedział publicznie - „Niech arcybiskup nie pieprzy”, czym jak zdaje się przebił samego Lecha Wałęsę, „reklamującego” kilka dni wcześniej raport o WSI, równie ciekawym, co niemniej barwnym komentarzem nt. urzędującego prezydenta RP, mówiąc o nim, iż jest on durniem.
Ki diabeł tu rzą dzi?
wtorek, 20 lut 2007 @ 19:36 | Kategoria: Ogólne | Brak komentarzyŚrodkowa Europa, XXI wiek, epoka niewiarygodnie wysokiej techniki i cywilizacji, i oto nagle, po niedawnym, jakże szokującym zetknięciu się z informacją o szkoleniu się nauczycieli i pedagogów w zakresie egzorcyzmowania, spotykam się z równie zaskakująco poważną debatą na temat diabła. Jak dowiaduję się, z ojcem Janem Andrzejem Kłoczowskim, dominikaninem, filozofem religii, właśnie na temat złego, zła, ergo diabła, rozmawiają Marcin Jakubionek i Sławomir Rusin.
Warto tu może podkreślić, iż przynajmniej jeden z rozmawiających, Marcin Jakubionek z wykształcenia również jest filozofem. Co do kierunku i poziomu wykształcenia (zapewne jakiegoś wyższego) drugiego z przeprowadzających tą rozmowę, redaktora Sławomira Rusina nie posiadam informacji, jest on wszakże redaktorem Miesięcznika Katolickiego – List.
Oczywiście, jak mogłem się spodziewać, całe zło zaczęło się od znanej powszechnie, nie tylko zresztą katolikom, opowieści o Raju, o kuszeniu Ewy, o wężu i jabłku.
Tu wszakże, zastrzegam jednak, iż nie jestem ani filozofem, ani teologiem. A ojciec Jan Andrzej już na wstępie, świadomie zdaje się popełnia brzydki „przekręt”, nie on wszakże pierwszy tak czyni, przekręt, który posłuży mu później do wiarygodnego udowodnienia wielu innych spraw.
Otóż, odpowiadając już na drugie z pytań, postawionych mu przez redaktorów wspomnianego miesięcznika, mówi tak: „W Księdze Rodzaju nie ma mowy o jabłku, które tak dobrze znamy z ikonografii. Dlaczego wybrano właśnie jabłko? Zapewne dlatego, że malum w języku łacińskim oznacza nie tylko “jabłko”, ale również “zło”. Wąż poczęstował Ewę złem. Z jego ust padła niesłychanie inteligenta pokusa: “Jeśli spróbujecie tego owocu, dowiecie się, co jest dobre, a co złe”. “Wiedzieć” oznacza w tym wypadku: jak Bóg decydować o tym, co dobre, a co złe. Kiedy Ewa to usłyszała, Drzewo Poznania przestało być nagle drzewem jak każde inne, a jego owoce stały się w jej oczach ponętne i smaczne. Uległa pokusie. Dalszą cześć tej historii znamy”.
Komu ta walka służy ?
sobota, 10 lut 2007 @ 23:22 | Kategoria: Ogólne | Brak komentarzyPrzeczytałem niedawno dosyć interesujący tekst, w którym autor, zresztą nie bez zdania racji, ubolewa nad losem polskich ateistów. Byłbym jednakże, przynajmniej w tym przypadku, zdecydowanie bardziej wyrozumiały dla naszej rodzimej ekstremy religijnej i nietolerancyjnych polityków, bowiem ateiści na całym świecie, bo przecież nie tylko u nas, są na ogół dla owej ekstremy przysłowiową solą w oku. Mało tego, mimo XXI wieku, mimo tak ogromnego postępu cywilizacyjnego, nadal są kraje wyznaniowe, rządzone wg reguł jedynie słusznej, państwowej religii, gdzie ateizm nie jest nawet grzechem, ateizm jest tam po prostu wielce nagannym łamaniem prawa, jest przestępstwem równym morderstwu, co zrozumiałe więc, karanym „gardłem”.
No bo jakże można być porządnym człowiekiem nie wierząc, nie chodząc do kościoła, nie dając na tacę, nie donosząc na samego siebie, nie bijąc czołem przed klerem i świętymi obrazami, a do tego, nie daj Boże podważać mądrość i nadzwyczajne prerogatywy kapłanów?
I nie jest przy tym ważne, że ponad połowa „wierzących”, przynajmniej w Polsce, nie chodzi do kościoła, że tyluż wierzących nie daje na tacę i nie donosi na siebie, a wiara ich jest doprawdy wątpliwej jakości. Nie jest również ważne, że spora część kleru współpracowała ongiś ze służbami PRL, choć za to akurat najmniej ich winię, bowiem pośród pozostałej części społeczeństwa procent tzw. „kolaboracji” zdaje był się bardzo podobny, jeśli w większości przypadków była to w ogóle kolaboracja. Ta kolaboracja zresztą, jaka w rzeczywistości by ona nie była, dowodzi, iż co by nie mówić i co by nie sądzić, są oni, owi przezacni „ojczulkowie”, i „braciszkowie”, najzwyklejszymi w świecie ludźmi, tak samo słabymi jak te „ich owieczki”, tak samo podatnymi na wszelakie pokusy, na słabostki, tak samo łasi władzy i sukcesów jak cała masa prostych ludzi, tudzież „wybitnych” polityków, naukowców i dziennikarzy.
Tu warto wszakże przypomnieć naszym elitom, jak wstrętne są im praktyki sądów szariatu, porażające praktyki skazywania na ukamienowanie, na jakże nieludzką, męczeńską śmierć, na biczowanie, etc., na brak poszanowania dla obywatelskich swobód i demokracji, podporządkowanie całej rzeczywistości państwowej i społecznej prawu wyznaniowemu.