Szlachetna Ośmioraka Scieżka
poniedziałek, 30 paź 2006 @ 18:32 | Kategoria: Ogólne | 2 komentarzyTo fakt, pragmatyczna teoria prawdy zakłada, że użyteczność stanowi kryterium prawdziwości sądów i pojęć i jak zdaje się jest w tym sporo prawdy. Cóż bowiem można zarzucić ciepłemu piecu, wygodnym butom, czy naprawdę dobrze zaostrzonemu ołówkowi?
Diametralnie odmienne zdanie mam natomiast w kwestii głupiego moim zdaniem umierania za cokolwiek. Oczywiście, są sytuacje, w których nie bacząc na ryzyko, a nawet wielkie prawdopodobieństwo polegnięcia na „polu walki”, własne życie przestaje stanowić nadrzędną wartość. I nie są to wyłącznie przypadki obrony ojczyzny przed wrogą agresją, jest to również obrona najbliższych i życia w ogóle.
Jak więc broniąc życia można euforycznie ginąć z „pieśnią” na ustach?
To może dotyczyć wyłącznie chorych fanatyków, no, może być również skutkiem niedotlenienia umierającego mózgu.
Jak zdaje się, powinniśmy w sposób zdecydowany rozróżniać patriotyzm i obowiązek od fanatyzmu i dewocji.
Jaśniej niż tysiąc Słońc
sobota, 28 paź 2006 @ 21:10 | Kategoria: Ogólne | Jeden komentarzPoruszyłeś tu kwestię odwiecznego, rzec mnożna by wręcz klasycznego już nawet problemu, by nie powiedzieć syndromu szklanki, tj. dramatycznych prawie rozważań, czy jest ona do połowy pełna, czy też w połowie pusta.
A przecież, jest w niej to co jest, dokładnie tylko to co widać.
Jak uczą lata doświadczeń i obserwacji, zdaje się być jednak oczywistym, że pogląd, czy też nasze stanowisko w tej „sprawie”, podobnie jak w każdej bez mała innej, są w pełni zależne od naszego osobistego doń nastawienia, które to z kolei, jest pochodną zdecydowanie już większej ilości czynników.
Niewątpliwie, o czym mówi się przecież powszechnie, jest to zdecydowanie określone, by nie powiedzieć dosadniej, wręcz zdeterminowane przysłowiowym już miejscem „siedzenia”.
I nie jest to jak się okazuje powiedzenie wydumane, bowiem na te same sprawy inaczej patrzy człowiek zdrowy, inaczej chory, inaczej bogaty, inaczej ubogi, inaczej młody, inaczej stary itd., itd. i jest to, przynajmniej dla mnie, absolutnie oczywiste i zrozumiałe.
Gorzej natomiast, kiedy to „spojrzenie”, to nastawienie determinują aspekty moralne, polityczne, czy wręcz charakterologiczne. Moralność, wiara, polityka, czy też charakter nie mają bowiem najmniejszego odniesienie, ani też znaczenia w tej kwestii, w kwestii konstatacji faktu, jest to bowiem „zjawisko”, w gruncie rzeczy nawet fakt na poły fizyczny, na poły zaś społeczny.
Menadżeria
czwartek, 26 paź 2006 @ 2:55 | Kategoria: Ogólne | Brak komentarzyPrzy odrobinie fantazji, wyobraźni, czy też tzw. kreatywnego luzu, można jak zdaje się wykoncypować sobie, wydumać, czy nawet dojrzeć naocznie dookoła siebie rzeczy niewidziane. Oczywiście, nie jestem w stanie przedstawić najmniejszego nawet dowodu, że nie jest tak jak twierdzą to tysiące czujnych obserwatorów świata, mało tego, sam obserwując czasem piękne letnie niebo (oczyma duszy mojej) „widziałem” tam jakże wspaniałe postaci, a to „zwierza jakowego, a to anioła czy diabła”, ich przedziwne i nagłe transformacje, w czasie których nie zawsze z diabła „robi” się anioł, czasem bywa bowiem odwrotnie.
Kiedy więc widzę jakieś fotografie, mające być niepodważalnym dowodem (niczym to w „Strefie 11”) jakichś nadprzyrodzonych zjawisk, przypadków etc., nie tyle opadają mi ręce, co przypominają mi się owe „chmurzaste” delfiny, tygrysy, czy inne figury o których wspomniałem powyżej.
Ostatnio np., kiedy w Gdańsku płonęły jeszcze dachy kościoła św., Katarzyny, a byłem w tym kościele zaledwie kilka dni wcześniej, wracając bowiem z owej wyprawy, o której wspomniałem przy pierwszym naszym kontakcie, zatrzymaliśmy się na kilka dni w Gdańsku Oliwie, na paru portalach pojawiło się „ciepłe” jeszcze zdjęcie, pokazujące jakże „prawdziwego”, płomiennego anioła „strzelającego” z owego przerażającego „morza” płomieni.
Duch rzymskiego konia
wtorek, 24 paź 2006 @ 14:46 | Kategoria: Ogólne | Jeden komentarzJeśli duch jest projekcją jakichś ważkich, a nawet traumatycznych wydarzeń z przeszłości, jakichś strasznych doznań, jak przynajmniej stara się tłumaczyć to coś wielu „wybitnych badaczy” tego zjawiska, to jak rozumieć przypadki zbiorowych duchów – vide program TV Discovery science, na którym to swojego czasu opisano współczesny nam przypadek „przemarszu” całego manipułu, czy też tylko jednej centurii rzymskiej armii, na czele której, co warto podkreślić, zapewne dowódca, jechał nawet na koniu.
Jeśli byłbym więc nawet skłonny uznać za prawdziwą, czy też możliwą tylko do przyjęcia, a więc za wielce nawet prawdopodobną, traumatyczną genezę owych „duchów”, bo istnieje przecież szereg innych, co najmniej równie „wiarygodnych” i „przekonywujących” teorii tłumaczących ich pochodzenie, w tym czysto religijne, a więc kwestie grzechu, niespełnionych przysiąg, czy wręcz imperatywu opieki nad bliskimi, to jak tu wyjaśnić „ducha” rzymskiego konia?
Żołnierze owej manipuły, jak przynajmniej relacjonował ów „naoczny” świadek ich przemarszu, nie wyglądali raczej na zestresowanych, bądź poddanych wcześniej jakimś innym traumatycznym presjom, nie nosili również na sobie śladów bitwy.
A co przed nami?
niedziela, 22 paź 2006 @ 20:42 | Kategoria: Ogólne | Jeden komentarzCzy Fox Mulder mijał się z prawdą czy nie, tego akurat nie wiem, choć mimo wszystko, być może i niesłusznie zresztą, przypisuję sobie ową główną z cech człowieka, tj. zdolność wyciągania wniosków. Nie bez powodu przywoływałem wszakże program TVN pt. „Strefa 11”, w którym „roi” się od „namacalnych” i wielce „wiarygodnych” dowodów na cuda, najczęściej niestety „niewidy”, na ich ostateczne i niepodważalne wyjaśnienie.
Takich i podobnych jak prezentowane tam tajemnice, z których większość zapewne warta jest uczciwego wyjaśnienia, na świecie jest nieporównywalnie zdecydowanie więcej. Nawet w mojej rodzinie, jest taki jeden niezbadany przypadek. Otóż około 1952 roku, być może zresztą rok wcześniej, bądź tyleż później, po „zdobyciu rarytasu”, tj. paru puszek farby olejnej koloru mahoniowego, do malowania drewna, zbiorowo i ochoczo przystąpiliśmy do rodzinnego malowania podłogi w jednym z dwu pokoi, w których była podłoga z desek. W pozostałych były dębowe parkiety.
Po pomalowaniu połowy pierwszego pokoju, ponieważ pora była już późna, zapadła decyzja przerwania pracy, dokończenia jej następnego dnia. Tu wtrącę złośliwą uwagę - jak widzisz, czasem i my coś odnawiamy. Ale wróćmy do meritum owego przypadku. Jak zapewne już się domyślasz, następnego dnia rano znaleźliśmy podłogę w owym pokoju starannie pomalowaną do samiutkiego końca. Jak łatwo policzyć, od tamtej chwili minęło już sporo ponad pięćdziesiąt lat, a mimo to nikt do dzisiaj nie przyznał się do owego „wyczynu”,
Czynić dobro, unikać zła.
czwartek, 19 paź 2006 @ 11:38 | Kategoria: Ogólne | Jeden komentarzA więc jednak można, można się dogadać i to bez potrząsania szabelkami. A mało tego, że ja zaczynam już nieźle poruszać się w literaturze i mitach pruskich, po raz kolejny zaczynam sobie przypominać język niemiecki, to Willi nagle wali we mnie Witkacym. I bardzo dobrze, bo jeśli ktoś mądrze mówi, choć akurat co do Witkacego tak do końca pewnym tego być nie można, jeśli w ogóle ma coś do powiedzenia, coś, czego warto wysłuchać, to cóż za różnica jakiej on jest nacji?
Mam więc nadzieję, że pisząc o ofiarach w naszych dziejach, podobnie jak i ja, Willi ma na myśli dzieje całej ludzkości, dzieje, co jasno trzeba powiedzieć, zdrowo opływające krwią. Co do wartości zaś przekazów i mądrości Pana Whitley’a Strieber’a, pozwolisz łaskawco, zachowam pewien wielce osobisty dystans, podobnie zresztą traktuję wszelkie „rewelacje” innych tego typu i podobnych autorów.
Poczynając bowiem od gatunku, który uprawia sam Whitley Strieber, poprzez inne rodzaje twórczości, np. tematyki którą zajmuje się Erich von Daniken, czy dajmy na to Hoimar von Ditfurth, poprzez te wszystkie cudowne vademeca, powiadające jak panować nad własnym i cudzymi umysłami, poczynając od Victora Farkasa, Josepha Murphy, Jamesa Treaflla, itd., kończąc na tak wybitnych twórcach literatury „faktu” jak choćby Ludlum i jemu podobni, nazbyt dużo w tym wszystkim nadziei i ułudy.
I choć najuczciwsi są w tym szaleństwie Ludlum i jego koledzy, oni bowiem wyraźnie mówią jednak o fikcji, to najbardziej cenię sobie np. Lucjana Znicza, który w przeciwieństwie np. do Danikena, nigdy nie tworzy najmniejszych nawet teorii, po prostu relacjonuje pewne sprawdzalne i niewątpliwe fakty, znaleziska, etc., interpretacje ich pozostawiając naszej wyobraźni.
Człowiek to brzmi dumnie.
środa, 18 paź 2006 @ 1:12 | Kategoria: Ogólne | Jeden komentarzJak zdaje się, Willi niewiele pojął z moich deklaracji, lubo też nie chce. Bo przecież ja nigdy i to w żadnym miejscu, nie wygłaszałem najmniejszej nawet pochwały przemocy ni gwałtów, na kimkolwiek zresztą. Mało tego, wyraźnie zdeklarowałem swoje stanowisko w kwestii cierpienia narodu Niemieckiego, zarówno tych „wypędzonych” jak i tych, którzy spoczęli na dnie Bałtyku. Również nie dla jego przyjemności, chylę głowę nad tymi ofiarami, ubolewam również nie dla poklasku, bo czyjego? Nie chcę wszelako prowadzić absurdalnej dyskusji nt. kto bardziej ucierpiał, a tym bardziej dokonywać licytacji skali tych cierpień, jakiejś wyliczanki przelanej krwi.
Cierpienie jest cierpieniem, a śmierć jest śmiercią i to przynajmniej jest pewne. Raz jeden jeszcze podkreślam, iż widzę jednak pewną wyraźną i zasadniczą przy tym różnicę w genezie tych cierpień. Bo przecież te cierpienia Niemców, których w żadnym wypadku nie kwestionuję, ani nie twierdzę, że ich nie było, bądź były tylko efektem zawartej przez nas umowy z obcymi, za co w nagrodę dali nam Ostprojsy, zresztą nawet nie całe.
Nie, ja tak nie twierdzę.
Credo poganina.
poniedziałek, 16 paź 2006 @ 16:28 | Kategoria: Ogólne | Jeden komentarzDziwny ten świat po raz pierwszy ujrzałem w czasie wojny, było to na Ziemi obiecanej, w mieście Łodzi, na które mówiono wówczas Litzmanstadt. Urodziłem się mieście, w którym zorganizowano pierwsze na okupowanych ziemiach polskich getto, przez które „przewinęło” się około 220 tyś Żydów. Był tam również obóz koncentracyjny (Radogoszcz – znowu ta mistyka). Przez Radogoszcz „przeszło” około 40 tyś. osób, z tego blisko połowa poniosła śmierć, największa jednak tragedia rozpętała się tam nocą z 17 na 18 stycznia 1945 r. kiedy ewakuujący się Niemcy podpalili budynki i zamordowali blisko 2 tys. osób (większość spłonęła żywcem.
To moje miasto rodzinne, nie bez powodu nazywane miastem czterech kultur, od XIX wieku jednoczyło Polaków, Żydów, Rosjan i Niemców. Jak sądzę, nadal znajdują oni tam sympatyczną atmosferą, są mile widziani. To miasto wydało i przyjęło w swe „bramy” wielu wspaniałych ludzi, wyrósł tam jeden z bardziej znaczących przemysłów polskich, który choć tworzyli wszyscy z wymienionych (vide film „Ziemia Obiecana”), to udział Polaków był niewątpliwie najmniejszy.
W mojej rodzinnej Łodzi, na ul. Piotrkowskiej, miejskim deptaku, czule nazywanym przez autochtonów Pietryną, stoją już od lat unikatowe pomniki dwóch najsłynniejszych bodajże Łodzian, Polaków wyznania Mojżeszowego; Juliana Tuwima i Artura Rubinsztajna. Zdecydowana większość Łodzian jest dumna z nich, a ich wyznanie, wbrew informacjom o rzekomym polskim antysemityzmie, najczęściej niestety szerzonym przez ich współwyznawców, w niczym tu nikomu nie przeszkadza.
Somewhere Over the Rainbow
niedziela, 15 paź 2006 @ 1:22 | Kategoria: Ogólne | Jeden komentarzNo i zrobił się raptem niezły galimatias. Z jednej strony zjawiła się Ania z Zielonego Wzgórza, wcześniej Willi Żelazny Krzyż i bez mała mamy już atmosferę niczym w „Czarnoksiężniku z Oz”.
Oczywiście z wieloma zastrzeżeniami, bo mocno pewnie przesadziłem, pojawiła się bowiem Ania, nie żadna Dorotka, a Willi przecież nie drwal, niemniej żelazny i robi się jednak cokolwiek bajkowo. Wracajmy jednak do meritum.
Na półkach mojej domowej biblioteki wiele miejsca zajmuje literatura SF, lubię filmy tego gatunku, w tym również przywołane już wcześniej „Archiwum X”. W swoim księgozbiorze mam, tudzież czytam, sporo pozycji popularnonaukowych, traktujących o domniemanej historii świata, religii, techniki, etc.
Mam również sporo nt. psychologii, parapsychologii, numerologii, astrologii, przepowiedni, tudzież wielu innych, równie ciekawych i niemniej zajmujących kwestii. Oczywiście, znane są mi również te wszystkie rewelacje nt. Roswell, Antarktydy, badań Klausa Habermohla i Rudolpha Shrivera, ich zabawy z grawitacją i próbą zbudowania silnika grawitacyjnego.
Sądzę nawet, że jeśli jest to możliwe, to być może jeszcze w tym stuleciu naukowcy tego i nie tylko tego dokonają. Jest jednak takie piękne i mądre porzekadło, porzekadła zawsze są bowiem mądre: „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”. I to właśnie porzekadło, oczywiście w odniesieniu do całej ludzkości, przekonuje mnie, że odwoływanie się do czegoś, co mogą, choć widać nie bardzo chcą dać nam jacyś obcy, jacyś szarzy, czy może w końcu zieloni, jest czystą spekulacją, póki co jest niczym nie uzasadnioną konfabulacją.
Willy vel Smoking Man.
piątek, 13 paź 2006 @ 19:22 | Kategoria: Ogólne | Jeden komentarzPo raz pierwszy od początku naszej dysputy, jak Willi nazywa ową wymianę myśli, a właściwie rzecz ujmując raczej jednak sporu, zdecydowałem się kolejny jego komentarz umieścić pod ocenianym przezeń tematem. W poprzednim moim poscie sugerowałem, choć zdawało mi się to nieco na wyrost, wszak nie byłem do końca pewny, że Willi leży już na łopatkach. Jak okazało się, nie myliłem się jednak, sam bowiem w pełni dowiódł był tego tym swoim komentarzem, było więc to prawdą już wówczas.
Okazało się tym razem, że to już nawet nie Rosjanie, nie Żydzi, nie Polacy a nawet nie ci wstrętni, bełkoczący angielszczyzną Celtowie i Sasi, jeno sami obcy, czy też Obcy, jak pisze to Willi pchnęli biednych Niemców do wojny i nieludzkich eksperymentów medycznych, do budowania fabryk śmierci.
A więc czemuż to, pytam zapewne naiwnie, mimo tak znaczącej technicznej pomocy obcych, dysponowania latającymi spodkami już w czasie wojny i jakże solidnego, masowego wręcz wywiązywania się z przyjętych zobowiązań wobec obcych, w zakresie dostawy im „materiału badawczego”, Niemcy tę wojnę jednak przegrali?
Podobnych pytań mógłbym tu postawić więcej, lecz cóż to da? Usłyszę co najwyżej nowe radosne wywody o dziejowych misjach, spiskach, etc. Konstatuje Willi: „Prawda jest taka, że rząd USA (na pewno) i kilka innych rządów zawarł zdradziecki układ z Obcymi na zasadzie - my wam dajemy ludzi na eksperymenty, a wy nam technologie. Stąd porwania ludzi i testy”, czym kolejny raz daje dowód swej mentalności usytuowanej raczej gdzieś na poziomie Kalego.
Układ USA i kilku innych rządów z obcymi jest bowiem zdradziecki, układ Niemców zaś, no może i nawet wątpliwy, przez tych „ptaszków” naukowców, nie jest wszelako zdradziecki.